pamięci Powstańców…

1 sierpnia co roku przywołuje Powstanie Warszawskie. Dobrze, że pamiętamy, bo pamięć o wydarzeniach, które ukształtowały nas, naszą rzeczywistość i nasz kraj jest ważna.

Nie chodzi o to, żeby dyskutować, czy Powstanie miało sens czy nie. My nie możemy tego stwierdzić, trudno wydawać opinie siedząc sobie wygodnie w wolnej Polsce. Nie byliśmy w sytuacji Warszawiaków z 44. To nie my, zastanawialiśmy się co przyniesie następny dzień. Oni tak – i musieli podjąć decyzję. My powinniśmy ją uszanować, bo na pewno nie była prosta. Jeśli już to tylko nam się tak wydaje.

Moje wspomnienie związane z tą rocznicą – koncert zespołu Apocalyptica w ogrodzie Muzeum Powstania Warszawskiego przed kilkoma laty i panująca tam atmosfera – niezapomniane.

Powstanie Warszawskie inspirowało wielu twórców.

SABATON „Uprising”

 

Lao Che „Godzina W”

 

Aga Zaryan „Miłość”

 

Anita Lipnicka, John Porter „Jeśli nie wrócę”

 

I wiele, wiele innych utworów.

[*]

27. Ulica w Krakowie, czyli Festiwal Teatrów Ulicznych

Kraków jest w ten weekend miastem teatrów, a wszystko przez trwający właśnie Międzynarodowy Festiwal Teatrów Ulicznych – 27. ULICA.

Gratka dla fanów sztuki teatralnej, pantomimy, teatru tańca i akrobacji. Jest w czym wybierać. Festiwalowi sprzyja nawet aura, ponieważ mimo deszczowej (w dużej mierze) pogody, na czas przedstawień padać przestaje. Zdecydowanie Dyrektor Artystyczny przeglądu – Jerzy Zoń, ma znajomości gdzie trzeba ;)

Więcej informacji o festiwalu jest na stronie 
http://www.27ulica.pl/

A ja biegnę na przedstawienie.

 

Pina Bausch i taniec w „Café Müller ”

Dzisiaj mija 5 rocznica śmierci Piny Bausch, niemieckiej tancerki i choreografki. Gdyby nie zajęcia z interpretacji dzieła teatralnego prowadzone przez Pana J.O. nigdy bym się o niej nie dowiedziała. Dziękuję Panie Profesorze :)

Dlaczego piszę o „Café Müller”„? Bo to spektakl, dzięki któremu zachwycił mnie taniec współczesny. Nie znam się na nim na tyle, aby go interpretować czy opisywać. Dla mnie twórczość Piny jest magnetyczna, to słowo najlepiej oddaje to, co czuję oglądając jej spektakle. To symbioza tańca, muzyki i scenografii. Przemyślana i oddziałująca na emocje widza. W samym „ Café Müller” emocji brakuje, historia jest przedstawiona na chłodno, ale emocje pojawiają się w oglądającego. Zagubienie, osamotnienie. A także próba i niemożność nawiązania kontaktu z drugą osobą. Pina stworzyła spektakl, który żyje i będzie żył chyba wiecznie.

Warto obejrzeć także film Wima Wendersa „Pina” z 2011 roku, najlepiej w 3D – niesamowite przeżycia gwarantowane.

Jeśli ktoś ma ochotę obejrzeć – polecam

Święto Muzyki na Wiankach w Krakowie

Przeżywam swego rodzaju rocznicę – rok temu pisząc o Wiankach zainaugurowałam prowadzenie bloga. Także i tego roku nie mogło mnie tam zabraknąć.

Ta edycja Wianków różniła się od poprzednich konwencją. Już bez wielkich światowych gwiazd, czy gwiazd mniejszych, ale nam bliższych, bo polskich. W tym roku Kraków dołączył do obchodów „Święta Muzyki” i zamiast jednej sceny, były ich cztery. Ukoronowaniem wieczoru było „Krakowskie Granie”, czyli koncerty w klubach. Prawdziwe święto muzyki.

W wyniku ograniczonej ilości czasu i mojej kiepskiej organizacji (:( ) wzięłam udział tylko w dwóch koncertach, obu na scenie tzw. krakowskiej, ulokowanej obok Ratusza. Najpierw Boba Jazz Band, a później łączony występ Piwnicy Pod Baranami i Lochu Camelot. Oba mi się podobały, może dlatego, że wiedziałam czego się spodziewać i specjalnie je wybrałam. Mam słabość do jazzu (i z niecierpliwością czekam na lipcową Noc Jazzu) oraz do piosenki poetyckiej, tak charakterystycznej dla Piwnicy i Lochu.

Szczególnie drugi wspomniany przeze mnie koncert zasługuje na parę słów komentarza. Zarówno Piwnica Pod Baranami, jak i Loch Camelot to szczególne miejsca na muzycznej mapie Krakowa. Znane, charakterystyczne i wyjątkowe, bez wątpienia zasługujące na miano kultowych. W nich tworzyła się historia polskiej piosenki. Podczas koncertu Artyści to z Lochu Camelot, to z Piwnicy Pod Baranami prezentowali na zamianę po dwa utwory, dobrane pod względem tematyki i stylu. Dało to szansę na poznanie różnorodności wykonywanych tam piosenek i występujących Artystów.

Przyznam, że nabrałam ochoty na wyjście do Piwnicy Pod Baranami albo Lochu Camelot na występ na żywo podczas wieczornych koncertów. Ależ tam musi być atmosfera. Prawdziwie krakowska.

Noc Muzeów 2014, jak co roku w Krakowie

Jedyna noc, w której te instytucje nie świecą pustkami. Wręcz przeciwnie, przed niektórymi ustawiają się spore kolejki. Podziwiam, mnie osobiście by się nie chciało tak czekać, a już tym bardziej w deszczu. Trzeba dodać, że w tym roku aura nie dopisała.

Jaki był mój plan?

Postanowiłam, jak w latach poprzednich odwiedzić Międzynarodowe Centrum Kultury, które zapraszało na Muzeum Snów i zwiedzanie z oprowadzaniem wystawy „Władcy snów. Symbolizm na ziemiach czeskich 1880–1914”. MCK chyba nigdy nie zawodzi i jak zwykle warto było spędzić tam godzinę. Wystawa podzielona została na 7 tematów, wokół których zostały zgrupowane prace: libri et anima, władcy snów, raj utracony, światło i cień, chimery nocy, rozmowy ze śmiercią oraz et in Arcadia ego. Można opisać ją słowem: DOPRACOWANA i zdecydowanie zasługuje na pochwały. Ja co prawda wysłuchałam komentarza Kuratorki (zwiedzanie z oprowadzaniem jest także w każdą niedzielę o 12), ale po zakończeniu przeszłam jeszcze raz po salach, skupiając się na poszczególnych pracach. Wśród nich można zobaczyć, niedawno odnalezioną i nie pokazywaną do tej pory szerszemu gronu „Florę” Alfonsa Muchy.

Przystanek numer dwa – Muzeum Historyczne Miasta Krakowa w Pałacu Krzysztofory. Interesująca wystawa „Świat Lajkonika. Konik na świecie”. Czyli wycieczka po miejscach, w których podobnie jak w Krakowie, znany i kultywowany jest rytuał tańca z koniem. Przykłady polskie i zagraniczne. Jedyną moją uwagą jest to, że eksponaty zostały tyko jakby „zaprezentowane” – o ile w przypadku obrazów, czy rzeźb jest to wystarczające, to dla ekspozycji zbliżającej się do tematyki etnograficznej to trochę za mało. Są tam wyświetlane filmy przedstawiające obchody, w których uczestniczy odpowiednik naszego Lajkonika, ale to trochę za mało, aby zainteresować znaczną część zwiedzających. Zaobserwowałam, że wielu wchodziło i wychodziło, bez większego zainteresowania, a naprawdę warto było poczytać opisy i przyjrzeć się zgromadzonym strojom. Miałam wrażenie, że ta wystawa niewystarczająco wciągała w prezentowany świat. Chyba stajemy się zbyt wymagający.

Przystanek trzeci – Galeria Sztuki Polskiej XIX wieku w Sukiennicach, odział Muzeum Narodowego. Hmm, tu było tłumniej, choć to nic w porównaniu z kolejką do wejścia do Podziemi. Tu warto przyjść choć raz, nie przepadam co prawda za XIX-wieczną sztuką, właściwie podobały mi się tylko prace w Sali Chełmońskiego. Niemniej muszę przyznać, że prace Matejki, choćby „Hołd Pruski” robią wrażenie, przede wszystkim wielkością ;) No i „Szał” Podkowińskiego, zdecydowanie powala.

Ostatnim przystankiem był oczywiści Gmach Główny Muzeum Narodowego. Musiałam wstępnie zobaczyć, jak zapowiada się Gierymski – tam jeszcze wrócę.

„Baczyński”: słowa, obrazy i wspomnienia

Nawet nie wiem dlaczego, ale moja pierwsza myśl z rana dotyczyła właśnie tej piosenki. Pięknej, nostalgicznej i porywającej „Pieśni o Szczęściu” w wykonaniu Czesława i Meli Koteluk.

 

 

Piosenka z kolei przywołała wspomnienie filmu „Baczyński”. Nie będę go streszczać ani opowiadać. Kto będzie chciał – zobaczy, a kto widział, wie o czym piszę.

Reżyser – Kordian Piwowarski zrobił film ciekawy, wg mnie wbrew pozorom trudny. Zastanawia mnie trochę czy z założenia miał to być film skierowany do uczniów, aby przybliżyć im osobę Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, a może do pasjonatów historii – wszakże dotyczy on czasów Powstania Warszawskiego, a może… Sama nie wiem. Osobiście uwielbiam filmy, które nie opowiadają historii liniowo, w „Baczyńskim” przenikają się sceny z czasów powstania i współczesnego slamu poetyckiego, gdzie czytane są wiersze Baczyńskiego. Przeszłość miesza się z teraźniejszością, co przybliża widza do opowiadanej historii.

Poznajemy młodego Krzysztofa i jego próby poetyckie, pierwszą i jedyną miłość do Basi Drapczyńskiej, związki z Powstańcami. Bardzo wiele wątków zostało zarysowanych w tym krótkim filmie, ale mam wrażenie, że zabrakło w nim myśli przewodniej. Takiej, która tworzyłaby główną oś filmu. Całość daje pojęcie o życiu Baczyńskiego, trudnych wyborach, historii Powstania, ale ja nie potrafię powiedzieć o czym był film – czy była to biografia Baczyńskiego (na co wskazywałby tytuł) czy może historia Powstania Warszawskiego i dramat młodych ludzi, którzy musieli dokonać trudnych wyborów. Bo były to trudne wybory, Koleżanka, z którą była w kinie, dość krytycznie odniosła się do dość beztroskiej wypowiedzi jednego z uczestników slamu, że też wziąłby broń i poszedł walczyć. Nam łatwo się wypowiadać, bo tylko teoretyzujemy. Nikt nie jak naprawdę zachowałby się, gdyby nagle obudził się w Warszawie z czasów Powstania.

Co zostało mi po obejrzeniu – żal i smutek, że życie Baczyńskiego tak szybko się zakończyło, że miał tak mało czasu na miłość, szczęście, tworzenie. Czy film Piwowarskiego był biografią? Ja nie określiłabym go w ten sposób. Dla mnie to była poetycka wizja kilku chwil z życia, które na chwilę przeniosły mnie do powstańczej Warszawy. Gdybym nie znała twórczości Baczyńskiego, to po tym filmie bym po nią sięgnęła. Jeśli taki był jego cel – został osiągnięty.

 

W starym kinie … „Śnieżka” Pablo Bergera

W ramach nadrabiania zaległości filmowych obejrzałam ostatnio film Pablo Bergera „Śnieżka” (Blancanieves). Film magiczny, choć aktorzy nie powiedzieli ani słowa. Inspirowany baśnią Braci Grimm, przeniesioną do przedwojennej Hiszpanii, czasów w których królowali torreadorzy.

Plakat filmu „Śnieżka” Pablo Bergera

Nie będę pisać kto odpowiada komu w baśni, bo nie chcę zdradzać fabuły. Historię Śnieżki wg Braci Grimm zna chyba każdy, warto więc zobaczyć ją w interpretacji Bergera.

Czarno-białe nieme kino ma swój urok, pozwala skupić się na grze aktorskiej, emocjach, mimice, gestach, strojach. Widać, jak wiele można przekazać bez słów. Może nie dosłownie, bo od czasu do czasu pojawiały się słowne komentarze w stylu nagłówków z gazet. Niemniej jednak to kino, w którym sprawdzają się tylko znakomici aktorzy. Szczególnie na pochwały zasłużyły aktorki, grające dwie główne kobiece postacie: Macarena García w roli Śnieżki oraz Maribel Verdú jako macocha. Panie dały pokaz prawdziwego kunsztu aktorskiego.

Muszę jeszcze wspomnieć o muzyce, która ze względu na brak dialogów pełni ważną rolę. Ścieżka dźwiękowa równie dopracowana co cały film. I to flamenco… boskie.

 

Na zachętę zamieszczam trailer – mam nadzieję, że będzie skłaniał do obejrzenia filmu.